piątek, 24 lutego 2017

Życie...Ty draniu!

Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek powie mi że realizacja marzeń jest banalna wybuchnę szczerozłotym śmiechem.
Oto od kilku miesięcy zmagam się z pewną równią pochyłą jaką jest DROGA prowadząca do realizacji pewnego przedsięwzięcia.
Bilans. Około pięciu razy się załamywałam.Nie tak totalnie, ale czułam się jak balon ze spuszczonym powietrzem, bo usłyszałam, że coś się nie da, bo trzeba poczekać, bo nie wiadomo nic.
Dwa razy popadałam w stan skrajnej euforii sądząc że dostałam pracę, robię krok do przodu zaczynam naukę i będę jak Tommy Lee Jones w Ściganym.Nie do zdarcia.
Stan ten porównałabym do stąpania po tęczy, wiosny w sercu i motto "mogę wszystko".
Dwa razy ryczałam równie mocno, w tym raz na głos w łazience, starając się nie obudzić śpiącego za ścianą mojego życiowego partnera.
Kryzys, bagno.Stan odwrotny do euforii?yyyy gnojówka. Co najmniej.
Dostałam tyle kopniaków w dupę, że nie zliczę, potraktowano mnie nieraz jak idiotkę. Życie uczy pokory, a jak...
Jeśli myślałam że zaplanowałam to po mistrzowsku, byłam w błędzie.
Pomysł stażu odbija mi się czkawką i pali zgagą.Sądziłam że idąc na staż za niespełna 1000zł będę mogła być szarą eminencją fryzjerów, która chłonie i uczy się, zamiatając również włosy z podłogi, myjąc włosy nakładając farby, rozwijając się.W ciągu półrocznego stażu będę robić tup tup tup we właściwym kierunku chowając chwilowo aspirację na nieco wyższe zarobki. W końcu cel uświęca środki.
Gówno.
Często plan to taki dobry żart bo dzieję się kompletnie odwrotnie.
Nie uśmiałam się po pachy z tego żartu, raczej zwiędłam i prawie zrezygnowałam.
Ale hola!
Nikt mnie nie zna tak jak ja sama i wiem, że dziś będę wyć w łazience a jutro wstanę z nowym pomysłem.
Planem F , skoro A,B,C,D i E zawiodły.

Hej Życie, myślisz że nie dam rady?No to patrz!

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ukojenie

Ostatnich kilka miesięcy symbolizowały zmianę, do której doprowadził mnie szereg wypadków i zbiegów okoliczności.Nie sądziłam, że będzie to podróż w głąb siebie, poszukiwanie swojej drogi. Nie tylko zawodowej, choć także, a może przede wszystkim.
Już nieraz pisałam tu o tym jak zazdroszczę ludziom z pasją, takim którzy lubią to co robią. Pora na mnie.Przecież nie jest sztuką wciąż przyglądać się z boku i czekać. Czasem trzeba postawić na jedną kartę i wygrać...siebie.
Odkryłam, że praca zawodowa ważna jest nie tylko dla portfela, ale i dla głowy. Bywały momenty, że czułam się po prostu sfrustrowana, brakiem przynależności gdziekolwiek poza domem, gdzie oczywiście płonie ognisko życia rodzinnego, ale...
Własna przestrzeń jest potrzebna, niezbędna by prawidłowo oddychać.By móc zatęsknić i chcieć jak najszybciej wracać do domu.Być ciekawym człowiekiem. Z pasją i wiarą w siebie.
To jest ten moment by pójść dalej i cieszę się, że wszystkie drogi pozwoliły mi to zrozumieć.
Te parę miesięcy dały mi do zrozumienia, że nie warto pielęgnować złości, dźwigać i wlec za sobą swój krzyż.Nie mam tu na myśli oczyszczającego wybaczenia, bo do tego pewnie daleka droga.Nie chcę pielęgnować w sobie nienawiści, bycia dla siebie samej nie fair, myślenia o sobie jak o zbędnym balaście.To nie jest dobre dla mnie samej, krzywdzące.
Szacunek do siebie i partnera, bardziej wysuwa się teraz na pierwszy plan.Przecież czasem bywa gorzej, trzeba tylko poczekać aż krew wystygnie choć odrobinę i nie robić nic, czego samemu nie chciałoby się doświadczyć, czego można by żałować mocno. Nie sprawiać by ktoś zgasł. Nie być przyczyną jego nieszczęścia.Pielęgnować, nie niszczyć, patrzeć w tym samym kierunku.
Jeśli wzburzać krew to tylko we dwoje.Nieść sobie nawzajem ukojenie, czasem oddalać się od siebie by wracać z podwójną siłą.
Dziś nie zamieniłabym tego co mam na żadne bogactwa, nie byłabym szczęśliwsza posiadając więcej, jestem tego pewna.
Jeśli lubisz swoje życie tak po prostu...Jesteś szczęśliwym człowiekiem.

poniedziałek, 26 września 2016

Jesień.

Czuję tęsknotę.Niemal fizyczną.
Nie umiem tylko doprecyzować czy tęsknotę za weekendem który skończył się jak zwykle za szybko.Weekendem, który zazwyczaj wypełniony jest po brzeżek naszą rodziną.Dwoma dniami, które ładują moją baterię z poziomu min do max.Dniami, które sprawiają ,że śpię spokojnie, czuję bliskość i ciepło.
Może to tęsknota za latem, które minęło jak zawsze za szybko.Dni nagle zrobiły się bardziej szare i chłodniejsze, słońce mniej intensywne i z łóżka wstać ciężej.`
Może to tęsknota za wakacjami i urlopem, gdy niczym się nie martwiliśmy.
A może tęsknię też...
Dziś opowiadałam Mince jak to było jak się urodziła, gdy byłyśmy w szpitalu, gdy była taka Maleńka.
Czasem upływający czas mnie zasmuca, tęsknię za czasem ciąży, za tym gdy Minka była malutka to był jeden z cudowniejszych okresów w moim życiu.
Zauważyłam, że z wiekiem podjęcie pewnych znaczących decyzji przychodzi mi znacznie trudniej niż kiedyś i trochę się z tym szarpię.Może to dobrze świadczy - dojrzałam, więc i podejmowanie decyzji jest bardziej wyważone.Rozsądne.
Tak, chciałabym mieć dziecko z Adrianem.Rodzeństwo dla Minki.Podobnie jak lepszą pracę, większe mieszkanie z balkonem i dwoma pokojami. I pewnie każde z tych pragnień na swój sposób jest realne, pod jednym warunkiem...Nie wszystko naraz.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wszystko ma swoją przyczynę

Niedawno okazało się, że pomimo, iż nie posądzałabym siebie o to  w głębi serca wciąż bywam dzieckiem.
Dzieckiem tęskniącym za czułością, bliskością.Za bezinteresowną troską.
Ponieważ w wielu przypadkach wydaje mi się że po prostu jestem emocjonalnie niedorozwinięta i nie potrafię nazwać tego co targa mną w danej sytuacji a zrozumienie przychodzi dużo później, tak było i tym razem.
Jakiś czas temu zadzwonił Tata z wiadomością, że moja Matka jest w szpitalu.Manipulując i biorąc mnie pod włos nakazał mi do niej jechać.Coś się we mnie zagotowało i wzburzyło.
Bo tak.
Czy argument "bo to matka" powinien skutecznie zamknąć mi usta w każdej sytuacji?Czy to, że łączą mnie z kimś więzy krwi do czegokolwiek mnie upoważnia, cokolwiek mi narzuca?
Moja Matka, która zniknęła z mojego życia jak kamfora gdy zaszłam w ciążę (tak, kobieta w ciąży może potrzebować wsparcia swojej Mamy).Ta sama Matka której przez sekundę nie było gdy Ninka była malutka.Ta sama Matka która nie chciała i nie potrzebowała być przy mnie gdy rozpadło się moje małżeństwo, zostałam z dnia na dzień sama z rocznym dzieckiem bliska depresji.Ta sama, która miała wtedy sprzyjającą okoliczność by powrócić w naprawdę dobrym stylu i po prostu udzielić pomocy swojej córce nie zrobiła tego ponownie.
Ta sama Matka jest teraz w szpitalu i potrzebuje mojej pomocy.
I ja coś muszę i powinnam.Bo?
Bo obowiązkiem Dziecka jest podać szklankę wody choremu Rodzicowi?
A ja myślę sobie, że Rodzic ma wobec Dziecka potrzebę serca.Potrzebę by dawać bezinteresownie, ładować emocjonalną  baterię czułością i wsparciem.Przygotować do funkcjonowania w świecie, powtarzać dasz radę!Być.
Potrzeba serca budzi potrzebę serca u Dziecka.Zadzwonię bo chcę porozmawiać, tęsknię, chcę...U mnie tej potrzeby serca brakło.Pojawił się za to wyrzut sumienia.
Pojawiła się też ciekawość siebie i swoich reakcji.Otóż czy po tak długim czasie udowadniania mi, że nie znaczę nic będę potrafiła współczuć?Czy potrafiłabym zdobyć się na dotyk, gdybym musiała umyć jej włosy?
Dziś wiem, że potrafię jej współczuć,Nie wiem jedynie czy bardziej, że miała wypadek, czy może tego, że doprowadziła do tak skrajnej samotności.Jadąc tam pomyślałam, że człowiek po wypadku , będący sam musi dojść do jakiejś refleksji przecież.
Nieprawda.Tyle lat minęło a ja wciąż jestem naiwna jak dziecko. I wciąż jak dziecko daje się krzywdzić.Czy coś dało mi stawianie się przed egzaminem z człowieczeństwa? Oczywiście.
Prócz tego, że wiem, że byłabym w stanie umyć jej włosy, zdobyć się na dotyk, ze byłam w stanie tam pojechać kierując się kretyńsko pojmowanym heroizmem wiem jedno - wylałam kolejne wiadro łez.
Ta wizyta pokazała mi, ona pokazała mi jak bardzo nie potrzebuje mnie, lub jak wielką jest kaleką emocjonalną niezdolną do dania czegokolwiek z siebie.Dziś ponad tydzień od wizyty wiem, że znowu dałam się omamić mrzonkami które powstały tylko w mojej głowie.I przyznaję , że może liczyłam na wyprostowanie tej sytuacji.Niepotrzebnie.
O ironio równolegle w czasie okazało się, że Pani Zosia nasza Marry Poppins wylądowała w szpitalu.Te kilka dni myślałam o niej nieustannie.Tak bardzo się bałam, że może jej zabraknąć, że jedyna tak ciepła pełna miłości i bezinteresownej pomocy osoba może odejść.Wtedy to byłaby prawdziwa samotność.Wczoraj byliśmy w szpitalu. Najchętniej przytulałabym ją ciągle i mówiła jak bardzo jest wspaniała i jak wiele dla nas znaczy.Bo to dzięki niej poznałam jak cudowną Mamą można być dla swoich dzieci, jak cudowną Babcią, gdy o ironio jest się Babcią Przyszywaną.

Nic nie straciłam tymi dwoma sytuacjami, więcej zyskałam.Pewność.Krew to tylko czerwona woda i czasem nie znaczy nic.
A prawdziwe serce znaczy wszystko.

środa, 20 lipca 2016

Karaluchy z plecaka

Nie pamiętam kiedy przestałam czekać na smerfy co środę, kiedy moją troską były założone śliskie różowe getry w zestawie z zieloną bluzą z misiem odsłaniającą niefrasobliwie mój mały tyłek (doprawdy nie znosiłam tego zestawienia). Nie pamiętam kiedy przestałam bawić się szachami w dobre i złe królestwo i zbierać karteczki z królem lwem.
Nie pamiętam kiedy przestałam marzyć o kucyku Pony i bezceremonialnie poszłam do sąsiadki zgłosić że chce mi się kupę gdy nikogo nie było w domu.
Nie pamiętam dokładnie kiedy przestałam eksperymentować, trzymać jajko wyciągnięte z lodówki w pudełku wyłożonym watą w oczekiwaniu na wyklucie kurczaczka oraz kiedy po raz ostatni zrobiłam własny ser żółty z dziurami nadziewając go na szczotkę do włosów. I zamiast sera z dziurami wyhodowałam pleśń...
Nie pamiętam kiedy ostatni raz do granic wytrzymałości przetrzymałam drugie śniadanie w plecaku stwarzając kolonie larw i jednego karalucha.
Nie pamiętam kiedy straciłam w sobie beztroskę.
Pamiętam za to gdy moją troską stały się comiesięczne rachunki i zbyt mała wypłata by je pokryć, kupno karty do telefonu i nowej pary butów. Stres, że Dziecinka zaczyna chliptać i pewnie skończy się katarem i że ktoś w przedszkolu jest dla niej nieprzyjemny. Pamiętam, gdy zaczęłam się bać o swój tyłek, nie tylko dlatego, że spóźniłam się wieczorem do domu, ale dlatego, że zwolnią mnie z pracy.
Cudnie jest być dzieckiem, choć tak wiele dzieci marzy by stać się dorosłym zapalić papierosa lub mieć własny portfel.I nie wie jeszcze wówczas, że posiadanie własnego portfela bywa obciążone. Mocno.
Obserwuję beztroskę mojego Dziecka, jej przeogromną radość z drobiazgów i pozwalam tej beztrosce wrócić znów na chwilę do mnie.Bo to prawdziwa radość w czystej postaci.
Rodzina mnie uszczęśliwia.
I nie wiem czy dlatego, ze moja była nie do końca wzorcowa żeby nie powiedzieć- była antywzorem rodziny.
Mam mądre, niezwykle empatyczne, wrażliwe Dziecko, złotego partnera.
Dlatego jestem szczęśliwa, gdy jestem z nimi, gdy nasz czas nie jest obciążony myśleniem o codziennych problemach, gdy nigdzie się nie spieszymy, jesteśmy tylko dla siebie.
Wracałam dziś po nocce z pracy i czułam się przytłoczona ciężarem portfelowych historii.
Praca , która coraz bardziej mnie frustruje, wyczerpuje do granic.Rozdarcie pomiędzy byciem mamą a trybikiem w maszynie...
Marzę o dwójce Dzieci, choć boję się tych marzeń.
Może strach kiedyś przerodzi  się w pewność...

środa, 22 czerwca 2016

Mój Tata McGywer

Bywasz zakręcony i niezbyt punktualny.Słuchasz radia na full i nie używasz kierunkowskazów. Posiłki Twoje przypominają godzinne biesiadowanie i nie lubisz jak mizeria miesza się z ziemniakami.Zawsze masz czas, poza momentami gdy go nie masz i nagle wszędzie jesteś spóźniony.
Jesteś McGywerem i potrafisz zrobić coś z niczego i wszystko naprawić.Wolisz ciepłe piwo,zamiast zimnego, uważasz że wódka z pieprzem jest najlepsza na ból zęba i żołądka.Czasem do poduchy czytasz książkę o hodowli królików.
Tato.
Jesteś najlepszym przykładem na to, jak wiele można naprawić.jak można odzyskać stracone lata.Ty nie mówisz.Po prostu robisz, po prostu jesteś.Kiedyś miałam ukryty żal do Ciebie, dziś wiem - nie mam prawa go mieć.Naprawiłeś coś, co wydawało się zaprzepaszczone i utracone bezpowrotnie.
Nie pamiętam , abym kiedykolwiek w moim życiu mogła liczyć na kogoś tak jak na Ciebie. Bez zbędnych pytań przyjeżdżałeś i byłeś. I jesteś.
Wyrażasz swoją troskę na tysiąc sposobów.Tak jak wtedy, gdy zła na Ciebie siedziałam za domem, a Ty przyszedłeś i dałeś mi worek, żebym nie siedziała na trawie.Jest mi przykro, że tak wtedy Cię potraktowałam, do dziś się tego wstydzę.
Jesteś wspaniałym Dziadkiem.Kochającym,zatroskanym i szanującym zdanie Rodzica, to bardzo wiele.
Nie zadajesz zbędnych pytań. jesteś i łagodzisz.Pomagasz zakopać "zwłoki przeszłości".
I choć bardzo chciałabym Ci to kiedyś powiedzieć wiem, jak trudno przychodzą mi słowa, choć to smutne bo chcę, żebyś  wiedział.
Tato.
Mam nadzieję, że dane mi będzie oddać Tobie, to co dostałam od Ciebie.
Dziękuję.

czwartek, 26 maja 2016

Piszę do Ciebie list

Gdyby było normalnie...
Spotkałybyśmy się w sklepie przy jednym regale, śmiejąc się , że oglądamy te same rzeczy.Poszłybyśmy na kawę mrożoną i opowiadałybyśmy sobie nawzajem co wydarzyło się ostatnio.
Mówiłabym o Mince, o jej osiągnięciach i milionie powodów do dumy.Słuchałabyś a kąciki Twoich ust wędrowałyby do góry.Przecież wiedziałabyś doskonale o każdym z tych powodów.W Twoim życiu zajmowałaby równie ważne miejsce.
Z radością w oczach opowiadałabym Ci o moich wojażach samochodem, o tym jak wyznaczam sobie podróżnicze cele i podwyższam poziom.A 1 kwietnia, gdy zdałam prawo jazdy byłabyś jedną z pierwszych osób do której zadzwoniłam.
Opowiedziałabym Ci o awansie w pracy i o tym jak czasem bardzo mnie to męczy fizycznie i psychicznie.
Wspomniałabym Ci że chcę pójść do fryzjera a na wakacje jedziemy w Bieszczady.Na koniec dotknęłabyś mojej ręki mówiąc, że cieszysz się że spotkałyśmy się dzisiaj.
I byłabym po tym spotkaniu lekka i twarda jednocześnie, wzmocniona.

Nie zdruzgotana i stłamszona, ciężka...
Odwróciłaś się ode mnie gdy byłam w ciąży i potrzebowałam Twojej rady i wsparcia.
Nie znasz mojej Córki, która jest dla mnie całym światem.
Nie było Cię przy mnie gdy moje życie rozpadło się na kawałki i przeżyłam najkoszmarniejszy czas zakończony rozwodem.
Wypisałaś się z mojego życia zbyt łatwo, nie podejmując grama próby i walki.
Dziś jest dzień Mamy.
Nie napiszę nic co wywoła u Ciebie łzy wzruszenia.Nic nie napiszę.
Pofantazjować mi pozostało, że mogłoby być inaczej, normalnie.

"Bądź dla mnie Mamą, bo nie krzywdzisz jak ona
I nauczysz mnie kochać i urodzisz od nowa
I będę Twoja, tak jak jej byłam kiedyś..."

niedziela, 24 kwietnia 2016

Patrzeć w tym samym kierunku

Idzie przez środek sali w kształcie statku i wiem, że siądzie koło mnie i zapyta "jak jest" patrząc na mnie czułym zielonym okiem. I zgodnie z prawdą odpowiem "dobrze", bo każdą cząstką siebie tak czuję.
Bo jesteśmy razem.Mała Langusta jest królową parkietu, biega wesoło z podskakującym kitkiem obtańcowując wszystkich a z wielkim upodobaniem Adrianowego brata.
A my spontanicznie weźmiemy się za rękę pójdziemy na parkiet i raz po raz zapomnimy się w tańcu.A później zatańczymy wolnego blisko, najbliżej.
Rozmawiam  z jego Tatą i nie mogę znaleźć słów by mu podziękować.Udał mu się syn, naprawdę.Przyszło mi tylko do głowy proste "cieszę się ", ale tylko ja wiem ile pod tym się kryje.
Zyskał w moich oczach tyle, że czasem myślę że bardziej się nie da, że to jest po prostu niemożliwe.
I wiem jak bardzo dobrze robią nam takie wieczory ja ten, jaki to renesans i odświeżenie.
To wszystko co jest dziś przyszło spokojnie, nieponaglane.
Zaskakujesz mnie codziennie i od nowa.
Chcę budować właśnie z Tobą.
-

poniedziałek, 21 marca 2016

On kiedyś uciekł z cyrkiem

Jeden krok do przodu i dwa do tyłu to najlepsza charakterystyka relacji z Ojcem mojej Córki. Eks Mężem. Mogę przyzwyczaić się do jego milczących, czasem spiesznych wizyt i nikłej komunikacji (racja nie przyjaźnimy się, nawet się nie lubimy) Mogę przyzwyczaić się do opowieści Mojego Dziecka na temat gdzie przebywała z Kolą (córką obecnej partnerki eksa) jedzenia chipsów w asyście bajek wymienianych po tytułach, obietnic basenów, kulek, cudów na kijku, jedzonych na obiad frytek.
Mogę przyzwyczaić się do dziwnych pytań, czy czasem wybierzemy się gdzieś z Kolą i Tatą wspólnie?Mogę nawet ręce dać sobie uciupać u samych łokci, że on nigdy nie skalał się tłumaczeniem czegokolwiek Dziecku.
Zdjęcia na których jestem usunął tak samo łatwo jak mnie ze swojego życia, dając tym samym sygnał Dziecku - przyszłaś na świat znikąd.Zatem ktoś musi przestać udawać, że pewne tematy nie istnieją, że zdjęcia ze ślubu w szufladzie to nie fotomontaż,że Mama i Tata kiedyś owszem spędzali czas razem, że Tata kurwa był i uczestniczył. A że teraz  Mama i Dodo a Tata Kola i Sylwia.
Bo nasza rodzina jest kurwa patchworkiem.
Jest  patchworkiem i zlepkiem czegoś podszytego obrzydlistwem pełzającym pod dywanem.
Czy ktoś mnie pytał- czy ty tego chcesz?
Czy życzysz sobie porwanych , niepełnych świąt, obecności "konkubiny" eks męża w życiu mojego dziecka? Czy życzysz sobie momentów, gdy Dziecko wracając do domu nie chce do niego wejść, bo najchętniej w tej sekundzie wróciłoby do Arkadii Szczęśliwości gdzie ma wszystko czego zapragnie podane na tacy i pełen wachlarz rozrywek.
A tu proza życia, normalne jedzenie, dobranocka o 19 lub jej brak gdy przeskrobie.Mycie zębów i upominanie o skarpetki, witamina c do soczku, a i sok wyciskany z pomarańczy bo zdrowszy Dodowymi lub Siamsiowymi ręcy, jogurt naturalny na kolację . Nuda.Nuda.Nuda.
Figurant niedzielny tatuś się oburza.I już widzę oczyma wyobraźni jak pompują się przy niedzielnym obiadku eksTeściowie, jak fukają na mnie.Bo to przecież ja winna.Niech żyją w takim przeświadczeniu, byłoby im conajmniej przykro gdyby byli świadomi, że syn daleko wybiega poza kanony ideału.
I znów retrospekcja mi się włącza w głowie.Odkąd rozstaliśmy się nigdy nie zabroniłam mu kontaktów z dzieckiem. Więcej - 9 na 10 spotkań odbywa się z mojej inicjatywy.Po rozstaniu niejednokrotnie zostawiał mnie na lodzie i z ręką w nocniku ,a każdą z tych wiadomości przechowuję skopiowaną do dziś.Mam grafiki gdzie miał być  z dzieckiem z których się wyłgiwał bólem kręgosłupa i innymi absurdami. Tak Absurdami, bo wszyscy codzienni rodzice wiedzą, że kręgosłup czasem nadupca , że stać nie możesz, wracasz z pracy i lecisz na ryj , ale poczytasz Dziecku bajkę bo chce, wstaniesz o 6 nalać soczku i będziesz spać  w nogach małego łóżeczka w nocy bo Dziecko chce by trzymać je za rączkę.Od tego dopiero kręgosłup boli, oj tak.
Ale to jak wspomniałam codzienny rodzic wie.
Tak więc codzienny Rodzic cierpliwie czeka, aż Dziecko natuli się do Taty na pożegnanie, powie może nawet, że chce do niego, po czym minutę po zamknięciu drzwi już o tym nie wspomni.I nie wspomni o nim przez najbliższy tydzień na pewno, mając w głowie pewien schemat spotkań.
Nie będzie szaleć z tęsknoty, nigdy nie obudzi się w nocy z krzykiem Tata.Obudzi się wołając Mamę lub Dodo.Bo wie, że przyjdą.
Taka norma, Tatuś bywa, porozpieszcza, dobrze pokarmi, zapewni rozrywki i zjedzie windą z sumieniem lżejszym i zniknie na następne półtora tygodnia, by wsiąść Dziecko na kolejne 4 godziny.
Tatuś tydzień przed świętami oburza się ,że zaplanowałam wyjazd z Dzieckiem.Bo mam urlop.Bo mam prawo do odpoczynku.Bo nie zasygnalizował ani przez sekundę, że chciałby spędzić z Dzieckiem choć jeden świąteczny dzień.Bo przyzwyczajony, że zawsze wychodziłam przed szereg, pytałam o święta, planowałam.Nauczona doświadczeniem, że z Dzieckiem trzeba wiedzieć wcześniej, chociażby po to by Dziecko wiedziało gdzie i z kim będzie.Bo to buduje poczucie bezpieczeństwa.
Przestaje robić wszystkim dobrze i spotykam się z buntem.Przecież powinnam na to wpaść, czytać w jego myślach, a najlepiej zapytać zaplanować kolejne poszarpane święta.Serio?
Tatuś oburzony straszy sądem i ustaleniem kontaktów.Doprawdy? Jaka to pamięć jest krótka, toż w pozwie rozwodowym ani wzmianki nie było na temat kontaktów z dzieckiem i ich ustaleniu.Przecież w trosce o to by uwolnić się od gówna na bucie w postaci żony jak najprędzej zapomniał i nie zadbał o uregulowanie kontaktów z dzieckiem.

Wiem, że sporo jest odwrotnych sytuacji, gdy matka utrudnia kontakt z dzieckiem, a ojciec zabiega, chce, stara się, lecz napotyka na mur, bo jedno "nie" wypowiedziane przez matkę załatwia temat.
Zmęczona jestem podejściem tego ignoranta, żyjącego w dwóch wymiarach - wzorowego ojca za jakiego się uważa i jakim jest faktycznie.

piątek, 18 marca 2016

Żuczkosprytka

Żuczkosprytek wyjeżdża na półkolonie do dziadka.
Myślę sobie "ho, ho a czego to nie zrobię w domu",jaką to kupą czasu będę dysponować...
Mam masę planów porządkowo czystościowych.
Jest kupa, nie czas, jakieś rozbeblanie i rozhuśtanie.
Kryzys pierwszego dnia postpożegnaniowego przeciąga się na następne.Jest dramatyczny apel przez telefon "chcę do Siamsiuni mojej" (Siamsiunia to ja, nazywana także Mamsiom). Siamsiunia beczy po tej rozmowie i idzie na histeryczny nocny bieg.Maraton swój do zaorania, szybki i gwałtowny. Smutny.
Czuję się rozpołowiczona, rozćwiartowana. Niepełna.
Uśmiecham się blado gdy słyszę w pracy "eeee to luz masz bez dziecka".Nieprawda.
Może i jestem sfiksowaną Mamą.Mam to w nosie.
Ten rok rozpoczął się przełomem przedszkolnym i zacieśnieniem naszej relacji.Jesteśmy blisko,mamy swoje rytuały, swoje wspólne piosenki "O la mamba la mamba tiki tiki tiki tiki", trzymania za rączkę wieczorne, leniwe pobudki, rozmowy o życiu poważne i mniej.
Czuję ogromny brak nie tylko części mnie ale i codzienności, którą bardzo lubię.
Tęsknię bardzo, dni mijają jakoś niewypełnione.Nikt nie powie mi rano "mmmmm jaka jesteś cieplutka, jaki masz ciepły nosek" tuląc się do mnie całym ludzikiem.
Myślę że bycie Mamą wypełniło mnie po brzeżek.Trafiło mi się mądre Dziecko. Śliczne i Mądre.Jak ślepej kurze ziarno.


Dałaś jakieś imiona królikom?
Tak, króliczek i króliczek.

A myjesz codziennie ząbki?
Tak myje,
Bo kto ich nie myje to co ma?
Kłopoty.

A Dziadek pasów nie zapiął.Muszą być zapięte.

Położę się i wstanę i Wy już będziecie?
Tak, będziemy Córeczku.

Jeszcze tylko parę godzin i natulimy się za cały ten tydzień.


niedziela, 21 lutego 2016

F jak feczkole

6 miesięcy  temu rozpoczęłyśmy przygodę z przedszkolem.

Bilans pierwszego tygodnia...
5 dni przedszkola, pół wiadra wylanych łez, wyrzygana pomidorowa, parę razy rzucone "kurwa"(z niestety bardzo wyraźnym "r" nie pozostawiającym złudzeń).Chciałoby się napisać, że kiepsko było przez tydzień.Hmmm...
Kiepsko było trochę dłużej.Łzy rzęsiste rozpaczliwe przy pożegnaniach, wczepianie się całym organizmem w Matkę Oprawcę potęgujące złe samopoczucie. Sytuacja nowa i egzotyczna, obce twarze, płaczące dzieci, nowe miejsce i Panie, wspólne posiłki, kapcie na zmianę i półeczka z parasolem.Codzienność Minki się zmieniła o 180 stopni.Pobudki o 7, wędrówka do przedszkola gdzie przeżywałyśmy pożegnania każda na swój sposób, a myślę równie mocno.
Rady życzliwych.Płacze?Nie puszczaj jej, lepiej niech w domu zostanie.
Przecież to jedna z tych sytuacji w życiu gdy podejmujesz decyzję- słuszną w każdym calu jak Ci się wydaje i jakkolwiek ciężko nie byłoby na początku tej drogi- nie możesz się cofnąć.
Dlaczego nie możesz?Bo pierwsze wiesz to i każda cząstka Twej matczynej intuicji i komórki krzyczy Ci- to dla niej najlepsze.Będzie wśród rówieśników.To sprzyja jej rozwojowi, nauczy się funkcjonować w większej grupie ludzików, co bez wątpienia wpłynie na jej osobowość, charakter jak i poniekąd przyszłe życie.
Po drugie, nawet jeżeli jest ciężko, masz być dla niej oparciem, opoką, nie możesz się cofnąć, to Ty masz być pewnym punktem, przystanią, Przedryfujecie razem przez ten ciężki czas. To co wydaje się łatwiejszym rozwiązaniem na chwilę, nie jest nim na dłuższą metę.
Po trzecie...Nawet najdłuższa żmija mija, okres aklimatyzacji kiedyś się skończy" jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie".
Kiedyś myślałam, że Minka  łatwiej zniesie rozłąkę ze mną bo zostawała z Naszą Mary Poppins, jeździła do Dziadka, na tydzień, dwa...Myliłam się bo podstawową różnicą było to, że ich znała natomiast rzeczywistość przedszkolna była kompletnie nowa...i obca.
Pamiętam, że Pani Ola codziennie robiła pociąg z dziećmi trzymającymi się swoich ubrań, wprowadzając je w ten sposób do sali przedszkolnej.Minka systematycznie i z niezwykłą konsekwencją odmawiała udziału w tymże wstępie. Nastąpił jednak taki dzień, gdy pobiegła na środek sali w samych skarpetach i dołączyła do pociągu zostawiając mnie głęboko zdumioną gdzieś z boku.I pewnego dnia wyjść nie chciała z przedszkola.I pożegnania przestały być rozpaczliwe,
a powitania spokojniejsze.Nawiązała pierwsze przyjaźnie, występowała w jasełkach, była na wycieczce.
Każdy, dosłownie każdy dzień to krok naprzód.
Nasza relacja wzmocniła się.
Setny i na pewno nie ostatni raz jestem z Ciebie bardzo dumna Córeczku. Jesteś silną i niezwyklę mądrą Dziewczynką.Mamy to za sobą.







środa, 27 stycznia 2016

Obrazy przed oczami zawieszone jak na ścianie (Paktofonika)

Nie mogę doczekać się gdy wyjdę z zimowego letargu.Każdą cząstka siebie pragnę wiosny.Choć niezmiennie co roku myślę, o kurczę jak szybko przyszła, nie wiem kiedy,  włosy miały być dłuższe a talia smuklejsza.
Co roku myślę uwielbiam te powroty z pracy gdy twarz omiata ciepły wiatr a dni są długie.Gdy można założyć klapki i kieckę i leniwie grzać się do słońca.Kochać życie, śmiać się dużo, spalić ramiona odkryć parę nowych pieprzyków.
Z perspektywy czasu widzę jak macierzyństwo bardzo mnie zmieniło.Jak bardzo, choć złoszczę się czasem na te momenty, gdy nawet w kiblu nie  obędzie się bez asysty, gdy słyszę pod drzwiami żałosne zawodzenie chcę do Ciebie Mamooooooooo...Złości mnie to i równie mocno rozczula.Przecież za lat parę będę wracać wspomnieniem do tych chwil gdy Dzieć mój tak pragnął mojej bliskości.Czasem widzę w sobie te zmiany, gdy rozbija się o mój czas wolny, a ja wiem, że pewne chwile NIE WRÓCĄ.Są niepowtarzalne i jedyne.Cenię je bardzo, ponad wszystko.Moje Dziecko już nigdy nie będzie małe.I wiem, że mimo iż czas przyniesie wiele nowego zatęsknię za starym...Uśmiechnę się i rozczulę wspomnieniem.
Myślę, że tak...że czasem chciałabym mieć drugie Dziecko.Może za parę lat, wbrew logice, że im mniejsza różnica wieku między rodzeństwem tym lepiej.I tu oczywiście parę lęków.Lęków, które być może się zminimalizują a być może na tyle urosną w siłę,że Ninka pozostanie jedynaczką.Boję się wyzwania dla partnerstwa, dla związku.Braku jedności, woli przetrwania pierwszej ekstremy.Bo do tego są potrzebne solidne podstawy.Czy my je mamy?
Nic nie wiem na pewno.
Wiem, że dziś czuję spokój i szczęście.A co będzie za jakiś czas?
Kto to wie...

środa, 25 listopada 2015

Ocalić marzenie

Od zawsze uwielbiałam czytać i słuchać o ludziach, którzy pewnego dnia postanowili coś zmienić.O ludziach, którzy postawili na szali swoje dotychczasowe życie i marzenia.Wyważyli i podjęli decyzję.Być może sporo zaryzykowali, postawili na jedną kartę, lecz wygrali coś zdecydowanie ważniejszego.Może to spokój, może satysfakcja, może powroty po ciężkim dniu do domu, ale idące za tym spełnienie?
Pozwolę przytoczyć sobie słowa z pewnej polskiej komedii "Chłopaki nie płaczą":W ogóle bracie, jeżeli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi, ani Hutu i te sprawy, to wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić.
Jakie to proste.
Oczywiście dotyczy mnie opcja mało hardcorowa- nie rzucę wszystkiego z dnia na dzień by robić to, co lubię.Mam rodzinę na utrzymaniu.I kota.
Nie jestem natomiast hodowcą bydła ani nie uprawiam roli.Mam wybór.
Dzisiejsze czasy nie rozpieszczają, pracujemy ciężko za niewielkie pieniądze.Od 11 lat oscyluję wokół handlu i pracy"z ludźmi" i doprawdy bywają takie dni, gdy moja tolerancja na chamstwo i prostactwo, brak szacunku i poniewieranie boleśnie się kurczy.
Wiem i rozumiem, że to nie jest moja droga.Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy już na początku swojej drogi wiedzą czego chcą od życia i idą tą drogą.Ostatnio wpadłam na genialny i błyskotliwy pomysł na siebie, nie omieszkałam się nim nie podzielić i od razu usłyszałam, że za późno...
Kurde, pora umierać.
Przecież 30 lat to  półmetek mojego życia zawodowego.Fakt, dawno temu marzyłam, że będę autorką poczytnych książek, kocham pisać, ale z tego nie wyżyję- to pasja.
Na dzień dzisiejszy połączenie tego co lubię robić z pracą zawodową pozostaje jeszcze w sferze marzeń, ależ Martusiu TO JEST W ZASIĘGU RĘKI!
Od zawsze też uważałam, że niczego, ale to niczego nie można przyjmować w cichym heroizmie.Jeśli rzeczywistość przytłacza osłabia i wysysa Ci całą energię- zmień ją! Oczywiście z zachowaniem zdrowego rozsądku.


Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.   J.W Goethe

czwartek, 12 listopada 2015

Oswajanie śmierci

Czy można oswoić się z tematem śmierci?Być na nią przygotowanym, uodpornić na traumę?
Nie.
Czy jest to nagły wypadek, czy przewidywany rozwój wypadków, finał jest ten sam.
Łzy, niedowierzanie, gorycz...
Wczoraj odszedł nasz Przyjaciel.Wulkan energii, o zawsze psotnych oczach, nie odstępujący mnie na krok nawet w kiblu.Śpiący na mojej głowie, ku oburzeniu Adriana, śpiący w moich nogach.Przytulas.Taki, który wraca oknem gdy wyrzuci się go drzwiami.Ernest zwany Edgarem.
Kochany siedmioletni kocur, na którego Panda- 16 letnia Kotka na początku reagowała alergicznie.Te początkowe niesnaski zamieniły się jednak w siedmioletnią przyjaźń.Przyjaźń obfitującą w zabawę, wzajemne lizanie futra jak i całkiem konkretne bójki i fuczenia.
Wczorajsza noc była koszmarem.Edgar gasł w oczach z godziny na godzinę a oczy miał przepełnione bólem.Myślę, że  na długo zostanie to w mojej pamięci.
Nigdy nie zapomnę jego pomiaukiwania, jakby prosił o pomoc.Nie zapomnę swojej bezsilności - bo nie mogłam  przynieść mu ukojenia.I tylko ja znam swój strach wczorajszej nocy, kiedy już wiedziałam, że nie dożyje rana.I tylko ja wiem jak przeprosiłam go na koniec, że wszystkiego mogło być więcej, a nie było...
Ninka spała tuż obok i nie chciałam, żeby stała się świadkiem jego cierpienia, którego nie zrozumie, które ją wystraszy.
Edgar leżał martwy na podłodze a ja nie umiałam go dotknąć.Panicznie bałam się poczuć, że jest zimny, martwy,inny niż dotychczas.

Dlaczego płaczesz Mamo- zapytało rano moje Dziecko
Bo jestem bardzo smutna.
Czemu?
Bo Edgarka już nie ma.
Gdzie poszedł?
Do nieba.Tam gdzie są inne kotki.
Kiedy wróci?
Nie wróci już.
Jestem smutna Córeczko, bo pamiętam jak był Malutki.Bo był ze mną od tak dawna, kiedy Ciebie nie było jeszcze na świecie.

Martwię się o niego - mówi moje rezolutne Dziecko.
Nie martw się Kochanie, już go nic nie boli.

Ernest- Edgar 11 listopad  2015, 3:50

niedziela, 8 listopada 2015

Moc słów

Do napisania tego postu skłoniła mnie bajka*, którą przeczytalyśmy ostatnio z Ninką jak również wydarzenia ostatnich dni.Nie wiem czy już się starzeje, czy emocjonalnie się rozhuśtałam, że zdarza mi się płakać na reklamach(choć nie jestem w ciąży, a wówczas byłoby usprawiedliwienie) lub wzruszać podczas czytania bajek.
"Konik" Grażyna Wasilewicz
Pies głośno szczeka, kaczka w głos kwacze:
-W stajence przyszedł na świat źrebaczek!
Jeszcze się chwieje na cienkich nóżkach. Mama z czułością tuli maluszka.
Mleko mamusi sił mu dodaje.Z dnia na dzień pewniej na nogach staje.
Ho!Ho! Już biega! Już podskakuje!
Na krok mamusi nie odstępuje.
Mama zachęca swego konika: "Wyjdź ze stajenki, po trawie brykaj.Skieruj na łąkę synku swe kroki.
czas poznać kwiaty, słońce, obłoki".
Wybiegł źrebaczek.Hop! I kopytko tuż za stajenką wpadło w korytko.
Oj!Oj!-rozpacza.Nie brykam więcej!Wolę przy mamie siedzieć w stajence.
Mama jest czuła, bardzo cierpliwa.Tłumaczy: "Synku, w życiu tak bywa, że się wypadek czasami zdarza.
Ale, maluszku tym się nie zrażaj.
Popatrz na kotka, jak podskakuje.Kotek na plotek wskoczyć próbuje.
Mały uparciuch skacze od rana.Patrz, jest na płotku!Proba udana.
Wzrok skieruj w górę, mały koniku.Widzisz gołąbki na gołębniku?
Uczą się latać, to ciężka praca.Spójrz, pofrunęły!Trud się opłaca.
Spogląda źrebak - biegnie prosiaczek.Nagle - trach!upadł -ale nie płacze.
Nie przejął się tym zdarzeniem wcale.Wstał, pobiegł dalej wytrwały malec.
Westchnął źrebaczek: - Czas strach przełamać.Biegnie na łąkę, gdzie czeka mama.
Wtem widzi strumyk, w nim bystrą wodę.Wziął rozbieg...Skoczył zuch przez przeszkodę!
Mamusia woła: - Brawo, mój mały!Jesteś odważny!Skok był wspaniały!
A dumny konik śmieje się szczerze: - Poradzę sobie, już w siebie wierzę!

Kurtyna.
Mama Jogin ociera łzę wzruszenia.I nie tylko dlatego, że bajka jest cudna i z morałem.Nie tylko dlatego, że źrebak ma cholernię mądrą i empatyczną Mamę.Dlatego również, że wierzy z całych sił w moc sprawczą słów. 
Myślę, że każdy, ale to każdy bez względu na wiek powinien słyszeć dobre, budujące słowa
Co najczęściej powinno słyszeć Dziecko?
Potrafisz, wierzę w Ciebie, dasz radę, uda Ci się, cudownie Ci poszło, jesteś bardzo mądra.Jestem dumna z Ciebie.Kocham Cię.
Codziennie podejmujemy walkę z demonami codzienności, mierzymy się z przeciwnościami.
W przedpokoju pewnego dnia był budzący grozę wyimaginowany hipcio. Jakkolwiek wyimaginowany, był uosobieniem strachów i potworów "spod łóżka".Dziecię naprawdę przerażone z rozszerzonymi źrenicami ze strachu,nie reagujące na zapewnienia, że nikogo tam nie ma.Wzięłam ją za rękę - chodź, pójdziemy do przedpokoju.Mimi przerażona wczepiła się we mnie.Zaświeciłyśmy światło w przedpokoju, otworzyłam drzwi wejściowe- Wyjdź natchmiast z naszego domu- zwróciłam się do hipcia.Nie będziesz straszył mojego dziecka.Wyszedł.
Zaczekałyśmy jeszcze gdy pójdzie spobie po schodach i zamknęłyśmy drzwi.
To nasz dom, tu nic Ci nie grozi- powiedziałam Mimi.
Przez kolejne dni opowiadała naokoło jak wypędziłyśmy hipcia, ten temat już nie powrócił.
Później "na tapecie" Szymon  z przedszkola, który Nince dokuczał kilka dni z rzędu.Nie chcę się z nim bawić, on mnie złości- mówi moje Dziecko.
Złości Cię?Nie baw się z nim, dokucza?Baw się z innymi dziećmi, które lubisz. Jeśli jest niedobry, wcale nie musisz go lubić, trzymaj się z daleka.Gdy znów Ci dokuczy powiedz, że nie chcesz tego, gdy znów to powtórzy zrób łałka*
(*Nini od dawna naśladuje wspaniale głos lwa, którego nazywa łałkiem, robi to na tyle doskonale, że słysząc ją niejedna antylopa przy wodopoju miałaby pietra).
Moja Mała Mi powtarza później parokrotnie, że nie bawiła się z Szymkiem, temat "rozchodzi się po kościach".
Nini zakłada majtki na lewą stronę- świetnie kochanie, tylko tu trzeba przekręcić.
Nie umiem, mówi gdy wracamy ze spaceru i trzeba ściągnąć kurtkę i buty. Oczywiście, że potrafisz, odłóż je tam na półkę.
Brawo!Umyłaś sama włosy.
Nie płakałaś w przedszkolu, jesteś taka dzielna!
Dlaczego uważam, że to jest tak ważne?
Bo to buduje.Buduje poczucie własnej wartości, dodaje wiary w siebie.
Co zatem niszczy?
Zostaw, przecież nie umiesz.Znowu jesteś niedobra.Jak będziesz tak dalej robić przestanę Cię kochać.Jesteś za mała, nie dasz rady, pan nakrzyczy na Ciebie, zamiennie-zabierze Cię ( w sklepie).
Po pierwsze.Czemu ktoś ma krzyczeć na moje dziecko.Czy jeśli moje dziecko robi rozpierduchę w sklepie, to odpowiednią osobą do strofowania nie jestem ja sama, tylko obcy?Dlaczego nie mogę dać Ci szansy zmierzyć się z jakimś zadaniem, nawet jeśli pomoc = chwilowy bałagan?Nawet jeśli pomoc w kuchni to podawanie ząbków czosnku, to czemu nie??
Nabałaganiłaś?Posprzątasz po sobie i nie jesteś za mała na to. Oczywiście, że dasz radę,albo razem damy radę.
Jesteśmy u Taty, kupujemy gruszki na targu.Mimi płacze.
Chodź Pan Cię zabierze, mówi jakiś gościu obok.Nie zabierze jej Pan, bo lepszego dziecka nie mogłam sobie wymarzyć.I koniec, kropka.
Dlaczego warto mówić dobre słowa?Wspierać?
Bo dajesz siłę, motywację.Bo choć nie zawsze to wypala, bo przecież nieraz Dziecię ma kiepski dzień i choćbyś stawała na uszach mając w jednym palcu podręczniki motywacji i tak sprzątasz zabawki sama.Bywa.
Dlaczego uważam, że te słowa mocy są tak ważne?Nie słyszałam takich słów, nikt mnie nie motywował.Od zawsze byłam sobie sama żeglarzem i okrętem.I teraz w dorosłym życiu czuję  braki.Wiem, że wielu kwestiom jestem w stanie stawić czoła. Bywają jednak takie dni, gdy słysząc "nie nadajesz się, jesteś za słaba" czuję, że uderzają w czuły punkt.Bo wbrew pozorom to mnie osłabia i nic nie buduje.
Ludzie roszczą sobie prawa komentować i oceniać Twoje osobiste predyspozycje, podczas, gdy wierzysz w siebie i wierzysz że się uda.
Dasz radę, jesteś silna, potrafisz! warto mówić nie tylko Dziecku.Często również sobie.
Zdam prawo jazdy. Dam sobie radę ze szkoleniem na wyższe stanowisko.Nie będę słuchać niszczących opinii.





*Bajka Grażyny Wasilewicz "Konik" z serii "Historyjki Malucha".Dodam również, że nikt mi nie buli za reklamę :)




wtorek, 27 października 2015

Ta w lustrze to niestety ja

Często fantazjowałam o tym, że piszę tutaj.W głowie pisały mi się ciągle nowe posty.
Dziś dostała wiadomosć "czemu nie piszesz bloga?"i popłakałam sie.
Jak mogłam być dla siebie tak okrutna?
Dlaczego wciąż odkładam na jutro to co kocham, co lubię robić?
Jestem zła na siebie.
Dziś jestem w punkcie do którego nigdy nie powinnam przydryfować.Nigdy.Sfrustrowana, zagubiona.Źle czuję się w swojej skórze.Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam dla siebie dobra.Gdy nie pędziłam nigdzie, lecz biegłam lekko,gdy wierzyłam w siebie.
Codzienność przecieka mi przez palce, wciąż obiecuje sobie, że od jutra zacznę żyć inaczej.
Chciałabym być mamą bez Wiecznych Nieustających wyrzutów sumienia.Bo spędzam za mało czasu z Dzieckiem, za mało przytulam, za duzo pracuje.Bo gdy mam wybór iśc pobiegać lub spędzić czas z Ninką wybieram czas z Dzieckiem. Z Dzieckiem, które choć cudowne bywa kapryśne i traktuje czasem jak maszynkę do spełniania pragnień.i czasem mam po prostu ochotę wyłożyć się bezsensownie na łóżku po dniu pracy, a słyszę pić, siku, nie chcę piżamki, chce inne picie, daj kakumko, nie ta bajka, baw się ze mną, rysuj, nie całowaj, nie dotykaj, aty!Oczywiście, że macierzyństwo wzbogaca.Uczy wielowymiarowości myślenia, pozbawia życie egoizmu, stajesz się nastawionym na dawanie logistykiem codzienności.
Oczywiście, że od trzech lat moje potrzeby siłą rzeczy zeszły na drugi plan.Moja codzienność podporządkowana jest tej małej o lazurkowych oczkach i dzięki opatrzności, że ją mam.Czasem jednak czuje, że jestem bliska fiksacji.Tak mocno bywam matką polką, że zapominam, że jestem kobietą, partnerką.
Książka od 6 miesięcy kurzy się na półce nie rozpoczęta, a ja rejestruje,że mam na sobie płaszcz, który kupiłam 9 lat temu.Mogę oczywiście wmawiać sobie, że ma on ponadczasowy krój i pasuje do wszystkiego.Matko Boża.Poszarzałam wewnętrznie, zmizerniałam i nie podoba mi się to co widzę.

Macierzyństwo weryfikuje znajomości.
Bo albo ktoś godzi się faktem, że spotykacie się raz na 3 miesiące, że czasem odpisujesz na smsy po trzech dniach, bo wróciłaś do domu i pospolicie padłaś na ryja, albo się nie godzi...Bo jak wyjaśnić i czy naprawdę trzeba, że CZĘSTO NIE MAM CZASU DLA SIEBIE, odkładam w czasie golenie nóg, a paznokcie maluje bardzo późnym wieczorem i rano budzę się z odbitą na nich kołdrą.
Czasem sobie myślę że poprostu się nie da pogodzić wszystkich dziedzin życia. Że awans w pracy często równa się więcej poświęceń, co odbija się wprost proporcjonalnie na życiu rodzinnym.Cudownie rozwinięte życie rodzinne  z gromadką dzieci u boku równa się średnio rozwiniętym życiu zawodowym, no bo jak...?
Jak żyć ja się pytam?
Jak się tym nie spinać, że zobaczyłam dziś Dziecko rano, gdy zaprowadzałam ją do przedszkola i widzę ją teraz śpiącą w piżamce.
Jak się tym nie spinać, że za niedługo piąty raz podchodzę do egzaminu na prawko i wiem, że umiem i lubię jeździć, a jednak przestaje w siebie wierzyć coraz bardziej i każda kolejna próba zniechęca mnie i pogrąża?
Skąd znaleźć siłę?

I czasem gdy mam dość wszystkiego, życia w biegu, planów i grafików, wyścigów szczurów marzę o domku w leśnej głuszy, z dala od wszystkiego.Gdzie czas płynie wolno i nie ma telefonów, wielkich sklepów i tłumów.
I tak wewnętrznie czuję, że pewnie nie doszłoby do dramatu, gdyby raz jeden bajkę na dobranoc opowiedział mój partner, gdybym wypuściła się w miesto z dziewczynami z którymi lubię pogadać, umoczyła nawet trochę pyska w zimnym piwku.Nabrała dystansu do siebie i spraw i wyluzowała pośladki.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kocham człowieka.

Kiedyś myślałam, to może się nie udać.
Myślałam, że może skończyć się nagle.
Bo się różnimy, bo on bywa szorstki niczym nosorożec.
Bo wkurza mnie czasem, że bywa "od kołka ciosany", że nie jest mężczyzną wyrywającym reklamówki z rąk, czy zamaszyście drzwi otwierającym.
Bo skarpetki są przecież  brudne tylko z zewnątrz a koszulka ma małą dziurkę.Włosy na tyle krótkie, że nie złapiesz ich trzema palcami tylko dwoma.
Bo ma wylane po całości co kto o nim sądzi, a po ciężkim dniu zamyka drzwi za pracą i nie wraca do tego, podczas, gdy ja przeżywam,dodaje dramaturgii błahym historiom o których jutro nikt nie pamięta.
Czy to się może udać?Przy tak pozornych różnicach?
A może. Tylko trzeba do tego dorosnąć, dojrzeć, poznać i zaakceptować.Bo może tu czy tam przydałby się szlif, ale u mnie również.
Dziś spotykamy się w połowie drogi. Jesteśmy ukształtowanymi ludźmi po trzydziestce.I wiem,że kiedyś byłam bardziej bezkompromisowa, dziś natomiast jestem w stanie powiedzieć "przepraszam, wkurzyłeś mnie tym czy tamtym" .On rzuci mi czasem pół żartem"i co się uruchamiasz?" i wiadomo, że to jest ten punkt.Pora spasować.Po co marnować czas?
Czasem większa miłość przychodzi  z czasem, codziennością.I nie ma na początku trzęsienia ziemi.
Sądzę, że obydwoje cenimy to co mamy dziś.Bo może jeden pokój, ale często słychać w nim śmiech...
Dziś mam przy sobie człowieka, który jest mi bliski.Imponuje jako człowiek, pociąga jako mężczyzna.Z którym mogę pomilczeć i pokłócić się.I jedno i drugie nic między nami nie kończy, nie zmienia.
I kiedyś myślałam, że to patologia, że tak niewiele mówię o nim.Ja po prostu potrzebowałam czasu.
Nie od wczoraj tworzymy rodzinę w pełnym znaczeniu tego słowa.
Dziś jednak zrozumiałam, jak bardzo to cenię.



środa, 8 lipca 2015

Pobudka

Stagnacja nastąpiła w wielu dziedzinach życia.Nawet, a może zwłaszcza tutaj.
Nie umiem i nie potrafię pisać o niczym, nie umiem o niczym gadać.Czasem wolę po prostu nie otwierać ust.
Stagnacja zawsze kojarzyła mi się z czymś złym i uwsteczniającym.Wszak stoisz w miejscu, jesteś w bezruchu, a kto nie idzie do przodu...cofa się.
Ale jeśli stoisz możesz przyjrzeć się paru sprawom, paru relacjom i okazuje się, że nie jest źle.Może coś wypracowałaś, coś zbudowałaś, a może coś rujnujesz swoją drobiazgowością.Może znasz już swoje słabe strony i potrafisz się w porę zreflektować, a może znasz i te mocne i reflektować się nie masz ochoty.Naginać,uelastyczniać do granic...W imię czego?
Zatrzymujesz się, złościsz na siebie i myślisz "to się musi udać",I zdeterminowana jesteś jak nigdy, jak cholerny Tommy Lee Jones w "ściganym".
Zaczyna klarować ci się w głowie jakiś plan.Nie taki plan na życie, co to ludzie wiedzą, że to i to będą robić i się w tym realizować. Taki tam kroczek mały tylko twój.Do niezależności.Bo możesz dać samej sobie to, czego nikt inny ci już nie da,Dumy takiej na 150!I będziesz swoim własnym bohaterem w swoim domu.
Po pierwsze prawo jazdy.
Po drugie praca.
Po trzecie większe M.
Cele są.
Realizuj pierwszy punkt.Nie poddawaj się tylko huśtawce słabości.Po kiepskich jazdach po nieprzespanej nocy, wychlej browara, popłacz się i zmotywuj  sześciokrotnie.Ćwicz do skutku.I zrób to tylko dla siebie i odnajdź w tym nieopisaną przyjemność.Uskrzydlaj się.Fantazjuj o swoim samochodzie w odjechanym kolorze z muzyką w tle.Miej to w zasięgu ręki.
Po drugie.
Wypracuj sobie przez rok pozycję w pracy.Bądź pierwszą do zwolnienia, a po roku wspominaj to z uśmiechem.Nie bądź plotkującą po kątach choć będziesz przez to trochę z boku.Bądź świadomym outsiderem i czerp z tego.Bo głowa wolna, ręce zajęte.Nie trać jednak celu.Rozwijaj się, a gdy czujesz, że dalej nie pójdziesz,rozejrzyj się wokół.Może pora na zmiany?
Po trzecie.Daj sobie czas i określ jasny cel.Realizuj plan.Wizualizuj balkon i ciepłe letnie wieczory na nim.
Nie zapominaj o tym, że stagnacja może być dla ciebie niczym innym jak momentem zatrzymania po to,by zrobić krok do przodu.
Do dzieła!

niedziela, 31 maja 2015

Kto się wróblem urodził, kanarkiem nie umrze

Czy powinien nastąpić jakiś dramatyczny tytuł?
Może coś typu "do tej, która odebrała mi męża"...
Nie będzie dramatów.
Będzie trochę prawdy.

Niespełna dwa tygodnie twoja postać utkana z domysłów i przypuszczeń stała się ciałem.
Ktoś widział was na obiedzie, na spacerze.W asyście twojej 10 letniej córki.
Tyle razy mogłam wyobrażać sobie jak wyglądasz i darzyć niechęcią ten obraz.Dziś wiem już ,że reprezentujesz typ kobiety za którym eks zawsze wodził oczami.
Kobieta która przyciąga pewnie wzrok mężczyzn.Czarne półdługie włosy, opalenizna z solarium, czarne, narysowane brwi,bardzo wysokie szpilki, tandetne,obcisłe, sukienki eksponujące więcej niż kiedykolwiek odważyłabym się pokazać poza sypialnią.Bo na ulicy czułabym się naga.
Jesteś bardzo odpowiednią osobą dla niego i piszę to bez cienia ironii.
Być może za kiczowatą lateksową sukienką kryje się piękne wnętrze, które urzekło go równie mocno, jednak nie chcę nigdy o tym się przekonywać.
Dzisiejsze czasy dają pełne pole manewru by prześledzić czyjeś życie chociązby na portalach społecznościowych.Znalazłam cię kierowana intuicją nie wiedząc jak się nazywasz.Już pierwsze zdjęcie ukazało ciebie w jego objęciach.Styczeń 2014.Tydzień po jego wyprowadzce z domu.
Tydzień po tym , gdy łózko jeszcze dobrze nie ostygło, grzał je u ciebie.Gdy wyłgiwal się od spotkań ze swoją córką być może poświęcał czas twojemu dziecku.
Czy czujesz się wygrana?Powinnaś.
Od dawna czułam twoją obecność.Nawet gdy spędzaliśmy wieczory we dwoje- byłaś tam.Pewnie nawet w łóżku i brzydzę się tymi momentami.
Myślami dawno był już z tobą.Reszta to tylko formalność.
Sądząc po licznych zdjęciach jest dobrze.A moze tak jak na początku dobrze jest każdemu, gdy jest jeszcze element fascynacji na każdej płaszczyźnie?Nie wiem.
Być może związek budowany na czyimś nieszczęściu ma szansę powodzenia.Może to się uda.
Wiem, że patrzy na ciebie głodnymi oczyma - na mnie też tak kiedyś patrzył.Wiem, że ma gest, bo zawsze go miał.Kupuje ci wszystko co tylko ci się spodoba od drogich perfum po sukienki.Zabiera cię w fajne miejsca i do knajp na obiady.
Co jednak będzie za  lat kilka, gdy jego fascynacja zauroczenie zamienią się w kapcie i telewizor, gdy zwiedzicie wszystkie ciekawe miejsca a szafa pękać będzie w szwach od sukienek?Gdy zacznie się czas miłości mądrzejszej, tej płynącej z głowy, dojrzałości polegającej na budowaniu i podtrzymywaniu istniejącej więzi?Powiem ci...
Nie sprosta i zacznie się oddalać, rozglądać za kimś w czyich oczach mógły się przejrzeć.Poszuka kogoś kto się nim zachwyci.Będzie wodził wzrokiem i czuł dreszcz emocji.I czekał, aż ktoś podejmie grę.
Wygrałaś naprawdę oddanego partnera...do czasu i nie bez granic.Na kogo jednak mógłby wymienić ciebie, skoro wydajesz się być ucieleśnieniem jego najskrytszych fantazji erotycznych?
Historie jego związków pokazują, że następuje tu pewna powtarzalność.A kto się wróblem urodził...






wtorek, 19 maja 2015

Oda do filiżanki

Wstaję rano 7:45 choć spać mogę conajmniej do 9.
Zalewam kawę i sączę nieprzyzwoicie długo.Rozmyślam.Tworzę mój plan dnia, a później może życia.O.K może nie plan ale rys jakiś, lub może chociaż rysik.
Delektuję się chwilą i na próżno szukam w dalekiej przeszłości takiego momentu.
Od kiedy zostałam Mamą moje życie bardzo się zmieniło.Jestem skoncentrowana na Mimi, na jej potrzebach, wsłuchana w nią, a moja codzienność wypełniona jest po brzeżek.Nie pamiętam jednak kiedy ostatnio wypiłam ciepłą kawę nieprzerwanie, w samotności i ciszy.Wsłuchana w siebie.Jakże ważne dla higieny psychicznej są momenty niespiesznego malowania paznokci lub picia kawy...Gdy choć przez chwilę moja potrzeba jest ważna, tu i teraz.Najważniejsza.Jestem przecież kobietą, nie tylko mamą.Chyba z czasem uczę się doceniać te chwile, gdy nie działam pod presją czasu i robię coś dla siebie.
Wczoraj byłam u mojej dr Beti czerwonowłosej.Niezwykły sentyment mam do tego miejsca i do niej.Zawszę będę kojarzyć jej gabinet z bardzo ważnym i szczęśliwym dla mnie okresem czasu- ciążą.I lubię te rozmowy nasze oczyszczające, takie spokojne i optymistyczne. Wczorajszą puentę biorę do serca. Nie chcę i nie bedę zapominać o sobie, swoim rozwoju, nie pogubię siebie.
Chwilo trwaj.
Amen.