Przybysz znikąd

Chciałabym tym wszystkim piewcom, którzy głoszą, że aby dobrze wychować dziecko  trzeba mu czasem spuścić wpierdol, lub "chociażby" sprzedać klapsa wystawić rachunek. 

Rachunek słony niczym chłodny Bałtyk w sezonie. Okupiony wiadrem łez. I gorzki.

Rachunek za godziny, dni, tygodnie spędzone na terapii. To inwestycja  lepsza niż depilacja leserowa, bo również na lata. Inwestycje, która znaczy więcej niż forma na wakacje i smukła talia. To taki rachunek gdzie ręka  nie drgnie przy płatności -Tobie. Ale drżeć powinna i to mocno temu, kto go otrzyma.

Mam 41 lat i uczę się żyć na swoich zasadach. Mam 41 lat i przez całe życie nie byłam dla siebie priorytetem, nie znałam swoich potrzeb i nie potrafiłam ich zaspokajać.

Za to świetnie przez te wszystkie lata czytałam innych ludzi, rozpoznawałam ich nastroje, ratowałam, spalałam siebie. Wegetowałam gdzieś obok.

Musiałam rozpaść się na milion kawałków, żeby się posklejać, żeby zobaczyć kim jestem, czego chcę i czy punkt w którym obecnie jestem, jest dla mnie dobry. Nie jestem pewna czy ostatni raz się rozpadłam, czy to moja ostatnia terapia.

Mam duży problem jak nazywać w historii osobę która mnie urodziła.

Mama? To słowo jak ciepły koc, otulające, bezpieczne. Nie pasuje.

Matka? Jakby nie moje.

Rodzicielka? Trochę ironiczne.

Zwrot "moja mama" nie opowiada mojej historii.

Ta kobieta. Ona. Dziś mi strasznie obca i daleka. Występująca w moich snach dziwacznych i pokręconych. W snach o domu, mieszkaniu, którego nie lubiłam, w którym spotkało mnie dużo złego, w którego chłodnych betonowych ścianach rozgrywał się mój dramat, w którym żywot swój zakończyło moje małżeństwo.

Niewiele wiem o sobie z wczesnego dzieciństwa. Podobno urodziłam się brzydka, czerwona i miałam nieproporcjonalnie dużą stopę, którą wystawiałam raz po raz z ciasnej tetry.

Jakkolwiek nie brzmi to jak wspaniały początek, molestowałam ją aby często opowiadała mi o tym. I byłam szczęśliwa, bo było to o mnie. I to jedna z bardzo nielicznych opowiadanych historii rodzinnych.

Choć jeszcze przypominam sobie tę historię, że gdy przyjechałam ze szpitala moja siostra uderzyła mnie traktorkiem w głowę. Nigdy nie traktowałam tej historii jakoś super poważnie, do dziś uważam, że była ciekawa, a może po prostu nikt jej nie wytłumaczył, że w domu jest niemowlę.

Z dzieciństwa pamiętam twarożek z rzodkiewką ogórkiem , szczypiorkiem, popijany Cola Cao i oglądane, najpewniej w środę, Smerfy. Myślę, że byłam wtedy szczęśliwa i beztroska, zawsze czekałam na Smerfy. Rozczula mnie to wspomnienie, chciałabym  przytulić, tą małą, obejrzeć razem Smerfy. Myślę, że będąc mamą niejednokrotnie to realizowałam. Do dziś bardzo lubię twarożek z kakao.To smak dzieciństwa i beztroski.

Pamiętam, że po dobranocce , czyli w okolicy 19:30 szłam spać, razem z siostrą, zawsze dzieliłyśmy razem pokój. Nie zawsze byłam śpiąca, latem dzień jeszcze trwał w najlepsze i było jasno. Zasada była taka że miałyśmy już spać.

Wszystkie moje dobre wspomnienia mam spoza domu. Pamiętam jak całą bandą bawiliśmy się pod blokiem w podchody lub chowanego, w sklep. Byłam jedną z młodszych na osiedlu, musiałam więc nadrabiać by przynależeć do grupy, bywałam zadziorna. Największy Sebek nazywał mnie "kulką śniegu", nie dlatego ze byłam gruba, ale żartobliwie.  To było wspaniałe miejsce dla szczenięcych lat. Pod oknami mieliśmy ogródek, kort tenisowy. Na tym korcie w mojej ocenie grali bogaci ludzie, trochę jakby rozrywka z innego świata. Zdarzało się, że piłki wylatywały poza kort i zabieraliśmy je. Do dziś pamiętam jak uwielbiałam seledynowo zielone piłki  w trawie i do dziś pamiętam ich zapach.

Czasem pod oknami okociła się kotka, zdarzyła się sytuacja ze tata te małe szczurki, najczęściej jeszcze ślepe, podawał nam na łyżce drewnianej, żeby kotka ich nie odrzuciła. Myślę, że byłam wtedy szczęśliwa.

 Raz , do dziś nie pamiętam aby ktokolwiek powiedział mi po co, zostałam zaprowadzona do "świetlicy osiedlowej". Było tam mnóstwo zabawek i dzieci. Ja nie wiedziałam po co tam jestem, ani ile czasu tam spędzę. Nie pamiętam abym się z kimś bawiła, siedziałam przy stoliku i pamiętam, że był pączek do zjedzenia, serwowany na serwetce, więc siadłam koło pań "świetliczanek"i zjadłam. Taki widok zastała ona gdy przyszła mnie odebrać. Pamiętam, ze kilkukrotnie słyszałam później prześmiewczo opowiadaną różnym ludziom historię, że zamiast bawić się z dziećmi siedziałam ze starymi babami.

Czułam wstyd. Czułam, że zawiodłam. Później dowiedziałam się, że na tą świetlicę miałam chodzić, ale teraz to już bez sensu, skoro nie umiem się tam zachować, z dziećmi bawić jak normalne dziecko Dziś myślę, że ja nawet nie wiedziałam co ja tam robię, po co tam jestem. Myślałam , że na chwilę więc po co miałam się z kimś zaprzyjaźniać, zawsze przychodziło mi to z trudem, nie miałam łatwości nawiązywania kontaktów. Myślę też, że po tygodniu czułabym się tam lepiej i swobodniej, ale nikt nie dał mi na to szansy.

Pamiętam gdy poszłyśmy na działkę z panią Teresą. W drodze powrotnej byłam zmęczona i zaczynała boleć mnie głowa, najprawdopodobniej od słońca. Chciałam skrócić drogę i iść inną trasą. Pani Teresa naskarżyła jej, że źle się zachowywałam. Był krzyk, dużo krzyku. Miałam umyć się w misce i iść spać bez dobranocki za karę. Pamiętam, że bardzo płakałam, to zadanie mnie przerosło. Nie umiałam  poradzić sobie z tą miską. Gdy nalałam do niej wody była ciężka nie umiałam wyciągnąć jej z wanny. Myślałam, że umrę, głowa pękała i ciągle płakałam. W telewizorze leciała dobranocka, ale nie mogłam jej oglądać. A ona wściekła krzyczała, że mam przestać. Nie pamiętam, żebym się umyła, głowa bolała mnie bardzo, pulsowała. Długo nie mogłam zasnąć z bólu i rozpaczy. Myślę, że od tej pory nie lubiłam pani Teresy. Nigdy jej nie lubiłam.

 Często w dzieciństwie głowa pulsowała mi z płaczu, wydawało się, że pęknie.

Pamiętam karnawałowy bal w zerówce. Bardzo się na niego  cieszyłam. Miałam bluzkę z kołnierzem w  kropki i spódnicę bombkę do kompletu. Byłam  z nią sama w domu, była straszna awantura. Pojęcia nie mam o co. Krzyk, mój płacz. Nie pamiętam też czy wtedy był pierwszy raz gdy mnie poszarpała lub uderzyła. Wiem, że nie miałam ochoty już tam pójść, tańczyć. Nie byłam szczęśliwa, nie byłam beztroska jak moi koledzy i koleżanki. Byłam pełna strachu, że muszę tam wrócić. Pamiętam, że wróciłam bardzo smutna, a ona kazała mi wziąć chomika na ręce i zrobiła mi zdjęcie. Zdjęcie które powinno być pomnikiem mojego utraconego dzieciństwa. Ja w imprezowej kreacji,  smutna, ze wzrokiem wbitym w podłogę, z chomikiem na ramieniu. Uwieczniony Polaroidem obraz dnia gdy coś się we mnie skończyło a beztroskie oczekiwanie na Smerfy zastąpiły inne zmartwienia.


Komentarze

Popularne posty